|
niedziela, 08 listopada 2009
Stieg Larsson - ostatnie starcie
Szkoda, że to już ostatnia część, bo choć przewidywalna, to jednak przyjemna. Bez wahania stwierdzam, że "Zamek..." jest najsłabszym ogniwem trylogii. Pierwsze 200-300 stron szło mi dość opornie. Na szczęście potem zaczęła się wartka akcja i nagle okazało się, że już zaraz koniec. Nie wiem, jak inni, ale podczas lektury cały czas czułam nadciągającą chmurę happy endu. W pewnym momencie pojawiło się światełko w tunelu. Myślałam, że może jednak ktoś zginie, a Larsson czymś zaskoczy. Nadzieje okazały się płonne. Może po dwóch poprzednich, świetnych tomach, tak stać się musiało. Nastąpiło zmęczenie materiału? Rzadko któremu autorowi udaje się w ogóle dorównać poziomem do pierwszej genialnej książki, Larsson tego dokonał. Niestety, "Zamek..." troszkę mnie rozczarował, choć z drugiej strony jest podsumowaniem, zamknięciem i dopełnieniem poprzednich dwóch tomów. Finalne rozstrzygnięcią nie pozostawiają już miejsca na nowe zagadki. Tego mi właśnie zabrakło - czegoś nowego, dużego (wątek stalkera Eriki jest poboczny i można go rozwikłać z marszu). Nie mogę przemilczeć tytułu. Jest wręcz odpychający i nieco śmieszny. Wiem, że angielski też, ale po prostu mi się nie podoba. "Zamek z piasku, który runął" dobrze się czyta i nie trzeba zarywać nocy, co dla niektórych może być zaletą:) Dla fanów Stiega Larssona lektura obowiązkowa, reszta może sobie darować. Ocena: 4.5/6
wtorek, 03 listopada 2009
Prawda nas wyzwoli?
Po bardzo entuzjastycznej recenzji Padmy, wiele spodziewałam się po tej książce. Nie mogę powiedzieć, żebym się zawiodła, bo "Odzyskany" to ciekawa lektura. W mojej opinii oscyluje jednak wokół przeciętnie napisanej, dobrej książki. Na marginesie - "Odzyskany" to kolejna książka, której narratorem jest dziecko. Zaczęłam się zastanawiać, ile w tych nieletnich bohaterach wyobrażenia ludzi dorosłych -autorów, na temat dzieciństwa. Doszłam do wniosku, że bardziej są to przypuszczenia niż sięganie do własnych doświadczeń, czy wspomnień. Warto zauważyć, że większość dziecięcych bohaterów odbiera świat podobnie i to mnie nie przekonuje. Choć może przeczytałam w tym roku zbyt wiele książek z dziecięcym narratorem i zlewają się one w jednolitą masę. "Odzyskany" to historia jedenastoletniego Johna Egana, któremu wydaje się, że posiada niesamowity dar. Potrafi mianowicie, w swojej opinii, wykrywać kłamstwa innych ludzi, szczególnie zaś tych mu najbliższych. Jak można się łatwo domyślić, jako bohater literacki, John jest oczywiście, jakże typowo, szkolnym outsiderem. Chłopiec namiętnie czytuje Księgi Rekordów Guinessa, marząc, że sam trafi kiedyś do jednej z nich, jako ludzki wykrywacz kłamstw. W związku z nietypowym talentem Johna przychodzą dylematy, których on sam, naiwnie, nie dostrzega. Jak wiedzą dorośli, prawda nie zawsze wyzwala. Dla chłopca zagadnienie to jest prostsze - kłamstwo jest zawsze złem. Zasada ta jednak nie odnosi się do niego samego, John kłamie często i z łatwością. Hyland porusza więc kwestię prawdy/kłamstwa w interesujący sposób. Czy zawsze lepiej jest wiedzieć? Czy mamy prawo ujawnić kłamstwo? Autorka pokazuje Johna u progu dojrzewania, który widząc świat w czarno-białych barwach, siebie umieszcza poza tą klasyfikacją. Dla siebie stwarza odrębną kategorię, co wydaje mi się pewną oznaką dorosłości. Dla własnych kłamstw na ogół znajdujemy usprawiedliwienie, cudze są prawie zawsze złe. Zwróciłam też uwagę na problemy z seksualnością Johna. Ewidentny jest mini-wątek homoseksualnego zainteresowania kolegą. Bardziej niepokoi mnie stosunek bohatera do matki. Zazdrość, bardzo nasilone pragnienie bliskości, zaborczość, nie wydają mi się do końca normalne u jedenastolatka. Czy sięgnę po inną książkę Hyland? Sądzę, że gdy nadarzy się okazja, z pewnością tak. Często wędrowałam myślami ku głównemu bohaterowi, lektura była przyjemna, ale i zastanawiająca. Zabrakło mi jednak kropki nad i, jakiegoś mocnego akcentu na samym końcu. Ocena: 4.5/6
niedziela, 25 października 2009
Tramwajowa lektura
Pozostaję w wybitnym niedoczasie (pomimo zmiany czasu;>), co mam nadzieję, zmieni się w najbliższy piątek. W związku z tym, w piątek właśnie odbieram wyczekiwaną, ostatnią niestety, część trylogii Stiega Larssona. Kolejny weekend zapowiada się więc bardzo smakowicie:) Do tego czasu staram się nie czytać recenzji itp. W tramwaju/autobusie przeczytałam pierwszą w życiu książkę Gardner'a i mam mieszane odczucia. Niby zgrabnie napisane, nieszablonowo. Jednak możliwości i zdolności adwokata Perry'ego Masona są nieograniczone, niczym te Jamesa Bonda; a dobra wola organów ścigania, sędziów też mnie nie przekonuje. Jak rzekł mój M. - czytał książki, a właściwie książeczki Gardnera będąc nastolatkiem i bardzo mu się podobały. Może gdybym sięgnęła po nie jakąś dobrą dekadę wcześniej, też byłabym zachwycona. "Sprawa pięknej żebraczki" jak najbardziej nadaje się do podczytywania w drodze, bo nie wymaga skupienia. I to chyba największa tej lekturki zaleta. Ocena: 3.5/6
poniedziałek, 19 października 2009
Ostatnia wakacyjna lektura, czyli mroczny "Półbrat"
"Półbrat" to przede wszystkim mocna i trudna książka. Nie potrafię sobie wyobrazić sprzyjającej aury do lektury tej powieści, gdyż, uzgodnijmy, jest to dzieło niespotykanie depresyjne. Przerażający krzyk rozpaczy bez nadziei na ratunek. Pierwsze 350-400 stron było dla mnie "rozrywką" iście masochistyczną. Ta książka boli, bo życie bohaterów to pasmo nieszczęść; a jeśli czytelnikowi/bohaterom wydaje się, że jednak może być dobrze, to po chwili okazuje się, że to tylko szyderstwo losu. "Półbrat" przedstawia historię czterech pokoleń pewnej rodziny z Oslo. Rodziny niezwyczajnej, pełnej tragicznych postaci, z których każda niesie na plecach swoją traumę - kalectwo, czy też piętno gwałtu. Christensen "zakaził" wszystkich. Może chciał pokazać, że nie ma człowieka bez skazy na duszy, choćby był najzwyklejszym dozorcą? Każdego coś dręczy i kłuje od środka, ale tylko czasem można to dostrzec. Największe tragedie kryją się pod maską pozornych, widzialnych na pierwszy rzut oka ułomności. "Półbrat" to powieść o ludziach. Christensen porusza więc masę istotnych kwestii - pisze zupełnie inaczej o rodzinie, przyjaźni, miłości. Robi to niebanalnie, a niebanalny wydaje się za małym słowem. Christensen pisze w sposób, który porusza. Odkrywa, jak wiele znaczy dla człowieka on sam, jego wewnętrzna spójność. Niepokoi ludzkim okrucieństwem, a przecież już tak niewiele nas dzisiaj zadziwia. Mottem "Półbrata" jest, myślę, pojawiające się wiele razy zdanie, przekazywane właściwie z pokolenia na pokolenie: "Nieważne jest to, co widzisz. Ważne jest to, co ci się wydaje, że widzisz." Bohaterom ta złota myśl nie pomogła. "Półbrat" to wyzwanie, którego warto się podjąć. Boli, ale warto. Ocena: 4.5/6 "Półbrat" był moją lekturą z serii Literatura na peryferiach. Reprezentuje mroczną, jak się okazuje, Norwegię. Dziwne i niepokojące, że dużo książek z rejonu Skandynawii opowiada o traumie dorastania. Bo przecież nie zawsze jest ono traumą...
piątek, 09 października 2009
Wszystko płynie
Książki Gianrico Carofiglio to idealne mini lekturki na jeden wieczór. Carofiglio trzyma się swojego bohatera, o którym pisałam niedawno. "Z zamkniętymi oczami" to rodzaj książki, o której się szybko zapomina. Autor nie zawarł w niej intelektualnych wynurzeń, od czasu do czasu rozbawi czytelnika dobrym żartem, by za chwilę zaatakować średnio udaną ironią. Wątek kryminalny jest dość interesujący, ale można zasnąć spokojnie nie znając rozwiązania. Wprowadzona równolegle, raczej nieudolnie, druga zagadka to klasyk, który raczej nikogo nie zaszokuje, nie zaskoczy. Banalne zło, o którym słyszymy codziennie, więc nasza obojętność wzrasta. Z głównego wątku udaje się autorowi wyjść całkiem zgrabnie, unikając schematyczności. Wpada niestety w jej pułapkę w części prywatno-emocjonalnej. To, co spodobało mi się u Carofiglio przy pierwszym podejściu, tym razem niekoniecznie mnie zachwyciło. Może to kwestia nastroju? Nie wiem. Mecenas żyje, ot tak, bez zastanowienia, płynie, gdzie akurat prąd go poniesie. Wszystko płynie, on tylko przygląda się życiu i uczestniczy, jeśli jest zmuszony. Taki pseudostoicyzm mnie nie przekonuje. Autorowi trzeba oddać, że potrafi stworzyć swój specyficzny klimat, a "Z zamkniętymi oczami" mimo wszystko czyta się dobrze. Ocena: 4/6
czwartek, 08 października 2009
Literacki Nobel 2009
Tegoroczną laureatką została Herta Müller. Nie czytałam nic tej autorki. W Polsce ukazały się:
Możecie mi polecić jakiś tytuł?
środa, 30 września 2009
Ezoteryczna "Dziewczyna z zapałkami"
Na temat tej książki ukazały się chyba tylko pochlebne recenzje; i nie będzie zaskoczeniem fakt, że "Dziewczyna z zapałkami" podbiła też moje serce. "Dziewczyna z zapałkami" to historia Hanny - konfrontacja jej wyobrażeń, oczekiwań wobec życia z jego codzienną, zmęczoną i szarą twarzą. Zawsze kiedy mnie dopada ta niechciana szarość, chciałabym ją wyrazić, przelać na papier. Mam wrażenie, że za mnie, za wiele kobiet zrobiła to Anna Janko. Szczerze zazdroszczę autorce daru pięknego, poetyckiego pisania o prostych, błahych sprawach, które nieraz trawią duszę. Niedobrze jest generalizować, ale myślę, że każdy może w tej książce znaleźć jakiś fragment siebie. Na codzień ten brakujący element układanki własnego jestestwa bywa nieuchwytny, lekki i ulotny, ale zdajemy sobie sprawę z jego istnienia. Janko go uchwyciła i w sposób niezwykły pokazała. Ten swoisty pamiętnik, choć pisany nostalgiczną nutą, nie zasmuca. Autorka otacza czytelnika miękką puchową kołdrą i daje mu moment dla siebie, czas i atmosferę do autorefleksji. Jest w tym wszystkim jakaś magia. Wiem, że po "Dziewczynę z zapałkami" sięgnę jeszcze nie raz, a rzadko zdarza mi się czytać coś choćby dwa razy. Odnoszę wrażenie, że z każdą kolejną lekturą ta książka da mi coś nowego i ważnego.
Jeden z wielu fragmentów książki, który szczególnie mi się spodobał. Choć ciągle temu zaprzeczamy; w czasach, gdy apogeum popularności osiąga bycie singlem, samotność wciąż smakuje gorzko. "Potrzebuję adresata, aby być. Bo naprawdę mocno być - można tylko wobec kogoś. Czy nie jest tak, że w pustym mieszkaniu, sami dla siebie, jesteśmy tylko psychiczną chmurą, która na przykład zasłania lub odsłania słońce, z której pada deszcz (łez), albo biją wściekłe pioruny? To inni nadają nam kształt. To dla innych trzymamy formę. Dlatego samotność bywa tak zabójcza. Dlatego ludzie trwają w złych związkach tak długo, jak się da, aż z nich samo nie oblezie to obce ciało, partnera, który jest może najgorszy z możliwych, ale jest. Bo jak to tak, odejść do NIKOGO? Rozpadu się boimy, dezintegracji osobowości, bezimienności. Chyba że ktoś lub coś nas wyrwie, wyzwoli, na nowo stworzy!"
Ocena: 5.5/6
sobota, 26 września 2009
Sprawa Niny S.
Oparta na prawdziwych wydarzeniach, "Sprawa Niny S." Marii Nurowskiej to historia toksycznej miłości ujęta w formie kryminału. Historia ta, opowiedziana na wiele głosów, zaznaczyć trzeba, że głosów kobiecych - głównej bohaterki, jej córek i w mniejszym stopniu kobiet z otoczenia konkubenta; zakończona zostaje nieco romantycznie przez komisarza Zawadkę, aspirującego do roli Porfirego Piotrowicza. Wątek autobiograficzny wręcz wylewa się z każdej strony tej książki. Dla niewtajemniczonych historia w skrócie, w "Sprawie Niny S." punktem wyjścia jest morderstwo nie Jacka, a Jerzego B. (realnie nie doszło do morderstwa). Poza tym głównym punktem i kilkoma detalami, Nurowska posłużyła się w książce nawet prawdziwymi nazwami miejscowości. Trudno oswoić mi się z myślą, że miłość może być aż tak ślepa, szczególnie, gdy "dotyka" osoby dojrzałej, a nie 20-letniego podlotka. Książkę czyta się przyjemnie, lekko. Momentami polifonia narracyjna wprowadza nieco niepotrzebnego chaosu. Zakończenie, jak wspomniałam, trochę romantyczne, jakby w kategorii myślenia życzeniowego autorki, ale brzmi dość przekonująco. Spodobało mi się pewne zdanie z książki: "Nie fakty nas niszczą, ale znaczenie, jakie im przydajemy". Warte zastanowienia. "Sprawa Niny S." to interesująca lektura, polecam. Ocena: 4.5/6
środa, 23 września 2009
Wielka powieść i niezawiedzione nadzieje
"Wielkie nadzieje" Charlesa Dickensa to wspaniała powieść. Bardzo mi się podobała, czytałam z niesamowitą przyjemnością. Przy lekturze ostatnich stron ogarnął mnie żal - smutno było rozstawać się z bohaterami. "Wielkie nadzieje" to historia chłopca imieniem Pip. W wyniku różnych wydarzeń zmienia się jego życie. Pip jako dziecko budzi wielką sympatię. Obserwując jego dorastanie, czułam się jak matka, której dziecko powoli odfruwa z rodzinnego gniazda, niesamowite wrażenia. Pomimo, czasem niegodziwych jego postępków, ani na chwilę nie straciłam sympatii do Pipa. Jego postać, jak i wszystkie inne, jest dopracowana od początku do końca. Czułam się, jakbym znała tych wszystkich ludzi. Czasy się zmieniają, ale ludzkie charaktery niewiele. Myślę, że prawie każdy miał kiedyś przyjemność z przemądrzałym, wszystko wiedzącym wujkiem - książkowym Pumblechook'iem. "Wielkie nadzieje" niosą w moim odczuciu wiele prawd, które nie straciły na wartości z upływem lat. Choć słowo morał kojarzy się źle, ośmielę się wyciągnąć swój własny po lekturze: fortuna jest rzeczą zmienną, ale zawsze zostają prawdziwi przyjaciele i to o nich w życiu należy dbać. To książka, którą trzeba po prostu przeczytać! Ocena: 5/6
poniedziałek, 21 września 2009
Gniot roku (?)
Jestem pewna, że czytałam u kogoś na blogu bardzo pozytywną i zachęcającą recenzję tej książki (nie mogę znaleźć;-/). Gdy zobaczyłam ją w bibliotece z chęcią zabrałam do domu i to był błąd. Czekając na niesamowite wrażenia, zmuszałam się do czytania niemal przez 320 stron... Powiem szczerze, strata czasu! "Efekty świetlne" to historia, która pokazuje jak zmieniło się życie dwóch dziewczynek i ich otoczenia, po tym, jak zostały "modelkami w obiektywnie" (cytat z książki). Nagie zdjęcia dziewczynek stały się wydarzeniem artystycznym, ale wywołały też skandal obyczajowy. Główna bohaterka działała mi na nerwy od samego początku, włączając w to jej imię - Myla. Ta 30-letnia kobieta zachowywała się jak rozpuszczone dziecko, zupełnie nie radziła sobie z rzeczywistością. Brakowało jej charakteru, jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego, czy światopoglądu, którymi dysponuje przeciętny człowiek. Tym bardziej jest to dla mnie jako czytelnika niewiarygodne, że wspomniana Myla w życiu doświadczyła wiele. Dramatyczne wydarzenia pozostawiają z reguły w człowieku ślad i często go kształtują,szczególnie w bohaterze literackim, a tutaj nic. Myla zmieniała zdanie co pięć minut, w zależności od tego, z kim akurat konwersowała (słowo nieco na wyrost, jeśli brać pod uwagę poziom książki). Nie potrafiła podjąć żadnej wiążącej decyzji, co do istotnych ponoć dla niej kwestii, które stanowiły oś wydarzeń w całej tej "powieści". Najbardziej jednak w "Efektach świetlnych" nie spodobała mi się próba, nieudana zresztą, zrobienia z tej powieści, książki, którą nie jest. Pseudo-wielkie monologi o sztuce, nieustanne niby-zagrożenie, które tak naprawdę nie wiadomo, skąd miało by wynikać i szukanie Prawdy przez duże Pe, kiedy wszystko było jasne od początku do końca. Myla przecież osobiście uczestniczyła w wydarzeniach, które miały miejsce w jej dzieciństwie! Dodajcie do tego tragiczny w swej kiepskości wątek romansowy i oto gniot, z jakim dawno nie miałam przyjemności gotowy. A najśmieszniejsze jest to, że najwięcej właśnie działo się w związku ze wspomnianym romansem i to on był punktem zapalnym wszystkich wydarzeń. Zdecydowanie odradzam! Ocena: 2/6 |
Archiwum
Zakładki:
Czytam
Przeczytane 2009
Przeczytane 2008
Warto zajrzeć
|